overland-track-dzien-1-ronny-creek-waterfall-valley-hut
AUSTRALIA I OCEANIA, HISTORIE, TASMANIA

Overland Track. Dzień 1. Ronny Creek – Waterfall Valley Hut

Launceston pożegnało mnie piękną pogodą, która w miarę zbliżania się do Ronny Creek (punkt, w którym Overland Track ma swój początek) robiła się coraz gorsza. Kolor chmur nie zapowiadał niczego dobrego. W efekcie, już w momencie rejestracji, odbierania plakietki i kupowania mapy musiałem przełożyć kurtkę przeciwdeszczową do kieszeni w klapie plecaka, będąc pewnym, że niedługo będzie mi potrzebna.

W autobusie poznałem Toda, z którym przeszedłem pierwsze kilkaset metrów. Tod miał na oko plecak dwa razy cięższy od mojego i półtora raza większy – po równym utrzymywał jednak bardzo dobre tempo. Problemy występowały na podejściach, na których widać było, że trochę „puchnie”. Mnie szło się bardzo dobrze, na plecach miałem niespełna 15 kilogramów, przez co nawet bardziej wymagające kondycyjnie odcinki nie stanowiły wyzwania. Pierwszy dzień pod względem technicznym można uznać za najtrudniejszy (przy czym i tak jest łatwy): bywa stromo, a w jednym miejscu pojawiają się łańcuchy.

Plan zakładał dojście do pierwszej chatki, tj. Waterfall Valley Hut i nocleg na polu namiotowym obok. Pogoda zrobiła się coraz gorsza, a do obecnego już wcześniej wiatru dołączył niewielki deszcz. Wszyscy wokół w kurtkach, ja wciąż w cienkim polarze – takie są zalety wychowania w chłodnym klimacie. Wiało bardzo przyjemnie, przez co szło mi się dobrze. Wybrałem przejście przez Marion Lookout, co dało okazję do pochodzenia po skałkach, ale niestety z racji nisko położonych chmur niewiele zobaczyłem. Po osiągnięciu szczytu, zacząłem powolne zejście, minąłem schronisko „awaryjne” (dostępne w przypadku załamania pogody), zamieniłem kilka zdań ze spotkaną grupą dziewczyn i kontynuowałem marsz. Padało coraz mocniej, co zmusiło mnie do założenia kurtki. Do schroniska dotarłem zgodnie z czasem określonym na mapie. Przywitał mnie strażnik, z którym uciąłem kurtuazyjny small talk o pogodzie, muzyce i trekkingu w Polsce, po czym korzystając z chwilowej, jak się okazało, przerwy w opadach rozłożyłem namiot.

Wieczór spędziłem w mniejszej chatce, w której poznałem sporą grupę wędrujących wspólnie Australijczyków. Pełen przekrój wieku i płci: starsi, młodsi, kobiety i mężczyźni – wszyscy pozytywnie zakręceni na punkcie trekkingu. Wszyscy z plecakami przynajmniej połowę cięższymi niż mój. Sprzętu tyle, że czułem się jak w sklepie turystycznym. Szybko złapaliśmy kontakt, zjedliśmy wspólnie kolację oraz pogadaliśmy o Polsce, Australii i świece. Kolejny dzień spędziliśmy cały razem, a nasze losy przeplatały się w dalszej części podróży. Przeplatały się tylko przez większą część pobytu na szlaku, ale także po jego zakończeniu – nad jeziorem St Clair oraz w Hobart.

Napisać, że w nocy wiało i padało, to jak nic nie napisać. W ostatnim czasie nic nie zaskoczyło mnie bardziej, jak fakt, że mój namiot przetrwał w całości. Kilka okolicznych obozowisk w pośpiechu ewakuowało się, a ludzie chowali się w chatkach spać na podłogach. Powinienem iść ich śladem, ale jestem tak skrajnie leniwy, że wolałem leżeć i obserwować jak konstrukcja namiotu ugina się to pod jednym, to pod drugim podmuchem wiatru. Taką miałem rozrywkę: czekałem aż mi się to wszystko zwali na łeb, ale nic z tych rzeczy. Coś niesamowitego! Namiot za 99 PLN wytrzymał. Dopiero w okolicach 3:00 zrobiło się spokojniej i ciszej, co pozwoliło na jakieś 3 godziny snu.

0 - Liczba komentarzy
Udostępnij
Tagi:

TarcieChrzanu.PL

Dołącz do dyskusji

Your email address will not be published. Required fields are marked*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.